Trwa ładowanie...
Bilans miesiąca
Przeczytaj najnowszy bilans abcZdrowie Temat miesiąca: NIEDOBÓR MAGNEZU

''Szkoda, by było teraz umierać''

- To jest walka. Niektórym może się wydawać, że pacjent z nowotworem złośliwym walczy tylko z własną chorobą. Niestety ani przez chwilę tak nie jest. Walczysz z rakiem, z lekarzami, z systemem, z hejterami, ale największą walkę musisz stoczyć w swojej głowie – sam ze sobą – przyznaje Magda Swat, która już od dziewięciu lat żyje z rakiem trzustki.

Diagnozę usłyszała w 2013 roku. Choroba spowodowała, że musiała przejść pięć operacji, podczas których część jej narządów została usunięta. 2/3 trzustki, cała śledziona i woreczek żółciowy – tego już nie ma. Jej trzustka pracuje, ale musi być cały czas wspomagana. Rak jest w stanie uśpienia. Magda nie jest zdrowa, bo tak naprawdę nie ma ani w Polsce, ani na świecie pacjenta, któremu oficjalnie udałoby się w pełni wyzdrowieć z nowotworu trzustki. Stan uśpienia choroby pozwala jej żyć, ale gdyby rak nagle zaatakował inne narządy, to dalsze leczenie nie byłoby już możliwe. To byłby koniec.

1. Nic mi nie dolega

- Na samym początku chciałabym coś sprostować. Wiele osób uważa, że rak trzustki atakuje osoby, które piją alkohol i palą papierosy. Ja nigdy nie paliłam. Od urodzenia choruję na astmę oskrzelową i po prostu nie mogłabym palić. Do alkoholu też specjalnie mnie nie ciągnęło - wyjaśnia Magda.

- Gdy zachorowałam, miałam 34 lata. To był dla mnie bardzo trudny czas - gonitwy za karierą, pieniędzmi. Wróciłam do Polski po kilku latach spędzonych za granicą. Miałam lekką nadwagę i chciałam schudnąć. Postanowiłam kupić taki wibrujący pas odchudzający, ale moja mama podczas rozmowy telefonicznej zasugerowała, żebym najpierw zrobiła wszystkie badania profilaktyczne, by sprawdzić stan mojego zdrowia. Wydało mi się to bardzo sensowne…

Podczas wizyty u ginekologa w Radomiu okazało się, że Magda ma torbiel na jajniku. Aby jednak przystąpić do zabiegu ginekologicznego, musiała wykonać szereg badań. Lekarka rodzinna poradziła zrobić również USG jamy brzusznej.

- Niestety obraz nie był prawidłowy. Dostałam skierowanie do szpitala wojewódzkiego, by powtórzyć badania. Nie spodziewałam się jednak większych problemów. Ok, miałam lekką nadwagę, ale czułam się bardzo dobrze. Nic mnie nie bolało, nic mi nie dolegało - przyznaje.

W szpitalu wojewódzkim uznano jednak, że powinna dodatkowo zrobić rezonans lub tomografię, gdyż zmiana zauważalna na USG nie wyglądała najlepiej. Wszystko sobie na szybko wytłumaczyłam - nie jestem do końca na czczo, jadłam brokuły, to na pewno jakieś niestrawione resztki. Ale nie chciałam czekać, nie mogłam.

- Zrobiłam rezonans prywatnie w Lublinie. No i ten rezonans wyszedł tragicznie. Miałam guza na trzustce wielkości 14 cm, dwie zmiany na wątrobie i zmiany w woreczku żółciowym. Wtedy lekarka zaczęła zadawać mi pytania - wspomina Magda.

''Czy ma pani żółte powłoki skóry?''

''Czy pani chudnie?''

''Czy ma pani bóle brzucha''

''Czy ma pani nudności''

''Czy ma pani biegunki?''

''Czy ma pani zaparcia''

Na wszystkie pytania odpowiedziałam: NIE.

(archiwum prywatne)

Lekarka oznajmiła, że najprawdopodobniej ma bardzo dużą torbiel na trzustce i mogła przejść zapalenie trzustki, nawet o tym nie wiedząc. Wtedy Magdalena przypomniała sobie zatrucie, które przeszła w przeszłości.

- W 2012 roku w Wielkiej Brytanii miała miejsce wielka powódź. Władze ostrzegały, by nie korzystać z wody kranowej. Mieszkałam wtedy sama na pierwszym piętrze, parter był zalany, wody butelkowane były faktycznie roznoszone po ulicach, ale dla mnie zdobycie tej wody nie było proste. Zaczęłam używać wody z kranu. Parzyłam w niej herbatę. Właśnie wtedy bardzo poważnie się zatrułam. Miałam wysoką gorączkę sięgającą 40 st. Celsjusza, odczuwałam silne bóle brzucha. W domu miałam wyłącznie leki przeciwbólowe i krople na żołądek przywiezione z Polski…- wyjaśnia.

Lekarka wskazała Magdalenie dwie drogi: obserwować i nie robić nic albo skonsultować się z chirurgiem, który specjalizuje się w operacjach trzustki, a takich jest w Polsce niewielu. Magda wybrała tę drugą drogę, która zaprowadziła ją tym razem do Warszawy.

- Chciałam mieć to już za sobą i dalej żyć tak, jak żyłam do tej pory. Pomyślałam, że bez względu na to, ile będę musiała zapłacić, umówię się na wizytę prywatną do poleconego chirurga. Konsultacja była krótka. ''Proszę zostawić mi płytę z badaniami, a ja to skonsultuję w szpitalu z zespołem specjalistów i spotkamy się już tam na miejscu'' – powiedział mi lekarz. Gdy pojawiłam się ponownie w Warszawie, rozmowę ze mną przeprowadziła już jego asystentka. ''Myślimy, że jest to złośliwy rak trzustki z przerzutami do wątroby. Niech się pani nie martwi – damy pani termin operacji'' – usłyszałam. Ale jak miałam się nie martwić? - pyta, a w jej głosie słychać zdenerwowanie.

2. Pół roku życia

Magda była wtedy na trzecim roku studiów. Gdy usłyszała, że dzięki operacji przeżyje jeszcze pół roku, nie chciała przyjąć tego do wiadomości. Miała plany. Niedawno wróciła z Anglii, wyszła za mąż, kupiła mieszkanie. Poczuła, jak łzy spływają jej po policzkach, ale poczuła też coś innego. To był gniew i bunt.

- Byłam w szoku. Asystentka wzięła mój numer i zostawiła mnie na korytarzu. Miała się ze mną skontaktować, gdy ustalą termin operacji. Nie wiedziałam, jak mam na to wszystko zareagować. Wróciliśmy z mężem i nie mogliśmy nawet myśleć. W aucie w ogóle nie rozmawialiśmy. To są ogromne emocje, milion myśli na minutę. Zaczęłam działać. Cały czas liczyłam na błędną diagnozę. Zadzwoniłam natychmiast do mojej siostry, która pracuje w Katowicach jako pielęgniarka. ''Lekarz powiedział mi, że umieram'' – wydusiłam z siebie podczas rozmowy - wspomina z drżącym głosem.

- Siostra uspokoiła mnie. Powiedziała, żebym się nie martwiła, bo w Katowicach jest znakomity lekarz i on na pewno przyjmie mnie na konsultację. W ciągu kilku dni byłam już tam - w klinice. Siostra umówiła mnie w celu wykonania kolejnych badań. Pani profesor, która przyszła wtedy do mnie powiedziała, że pierwszy raz w życiu widzi taki przypadek. Ogromny guz na trzustce, zmiany na wątrobie, a ja się czuję dobrze i nie mam żadnych objawów…

(archiwum prywatne)

3. Życie nie poczeka, a rak?

- Pamiętam, że miałam mieć wtedy egzamin, który przesunęłam z czerwca na wrzesień. Miałam ze sobą laptopa, zeszyty z notatkami i leżąc na tym oddziale, zaczęłam się po prostu uczyć. Gdy przyszedł czas obchodu, lekarka stanęła jak wryta. ''Co pani robi?'' – zapytała. Odpowiedziałam, że się uczę. Zbliżał się egzamin, nie mogłam tracić czasu. Nie chciałam zawalić studiów. Usłyszałam, że chyba nie zdaję sobie sprawy z powagi sytuacji. Dowiedziałam się wtedy, że mam zakrzepicę żyły głównej w śledzionie, co oznacza rozległą i rozsianą chorobę nowotworową. Nie wiedziałam, co mam jej odpowiedzieć. Byłam sama na sali. Ja kontra reszta świata. Wszyscy mi mówią, że umieram za pół roku, a ja czułam się dobrze… - zapewnia.

Magda wróciła do Radomia. Zdała egzamin. Potem pojechała do Katowic na konsultację chirurgiczną. ‘’Proszę się jeszcze nie załamywać” – powiedział jej lekarz i stwierdził, że to wcale nie musi być wielki, złośliwy, nowotwór, i że wcale nie musi umrzeć za pół roku.

- Wytłumaczył mi, jak będzie wyglądała operacja, jakie są możliwe scenariusze, jakie są procedury. Podniósł mnie na duchu. Psychicznie poczułam się znacznie lepiej. Zdecydowałam się na operację, wiedząc, że jestem w rękach najlepszego specjalisty. Wiedziałam, że tu wykonuje się nie trzy takie operacje rocznie, ale przynajmniej trzy tygodniowo - mówi Magda.

(archiwum prywatne)

Operacja trwała siedem godzin. Gdy się obudziła, zaczęła żałować, że w ogóle przeżyła. Ból rozrywał ją od środka, rzucało nią na łóżku, a pielęgniarka musiała pójść na drugi odział, bo właśnie skończyła się morfina.

- Nie wiem, jakim cudem udało mi się to przetrwać. Wykupiłam prywatną usługę, tzw. opiekę nocną. Czuwała przy mnie pielęgniarka, bo bałam się, że gdy zamknę oczy, to już ich nie otworzę. Z nią przy moim łóżku czułam się dużo bezpieczniej - wyjaśnia, a w jej głosie słychać ulgę.

Potem zaczęło się ''uruchamianie pacjenta''.

- Powiem szczerze, że gdy usiadłam, to poczułam, że nie jest tak tragicznie. Pomyślałam, że może to jednak nie koniec, że dam radę. Gdy przyszedł chirurg, który mnie operował i zapytał, jak się czuję, odpowiedziałam mu zgodnie z prawdą, że całkiem dobrze, i że jestem głodna. Dookoła mnie pacjentki wymiotowały, miały biegunki, a ja miałam ochotę coś zjeść. Lekarz popatrzył na mnie, uśmiechnął się i powiedział: Ale mi się ta operacja udała! Byłam taka szczęśliwa. Postanowiłam, że nie będę myślała o najgorszym, że wyjdę z tego. Wtedy usłyszałam, że ma dla mnie dobrą i złą wiadomość… - wspomina.

Dobre wiadomości w zasadzie były dwie. Guz został usunięty całkowicie, razem z marginesem zdrowej tkanki, a zmiany na wątrobie nie były o charakterze nowotworowym. Zła wiadomość była taka, że był to gruczolakorak. Nowotwór, który daje najgorsze rokowania.

- Byłam wdzięczna, że guz został usunięty. Cieszyłam się z tych małych, dobrych wiadomości. Całkowicie pominęłam te złe. Wtedy zapytano mnie, czy potrzebuję konsultacji z psychologiem. Potrzebowałam! Ale zaznaczyłam, że jeśli psycholog ma przyjść i poświęcić mi 15 minut, to lepiej niech nie przychodzi wcale. Pani psycholog dała mi dużo pozytywnej energii. Podczas rozmowy uświadomiłam sobie, że ja ani przez chwilę nie dopuszczała do siebie myśli, że mogę stracić moje życie, że mogę umrzeć w tak młodym wieku. Interesowało mnie tylko to, co teraz będzie z moimi studiami. Nie towarzyszył mi strach, bo w mojej głowie myśl, że mogę umrzeć, nie była najważniejsza. Najważniejsze było moje życie i moje marzenia, które chcę zrealizować. Jak to? Mam je teraz porzucić? Nie ma mowy! - wykrzykuje Magda.

Psycholog uspokoiła ją. Dziś Magdalena mocno podkreśla, że to właściwe myślenie jest jednym z najważniejszych czynników przy chorobie nowotworowej.

- Jeśli myślisz, że za pół roku umrzesz i nic na świecie ci nie pomoże, to tak będzie. Ale jeśli będziesz myśleć, że jest dla ciebie szansa, to będziesz szukać różnych metod, sposobów, rozwiązań, które cię do tej szansy będą przybliżać - wyjaśnia, a mówiąc to, w jej głosie słychać niespotykaną moc.

- Pani psycholog aktywowała moje pozytywne myślenie, pozwoliła mi zobaczyć dobre strony tej choroby. To brzmi absurdalnie, ale tak było. Jakie? Odbudowałam kontakt z moją siostrą, schudłam. Siostra kupiła mi nowe legginsy i sukienkę. Zaplanowałyśmy wizytę u fryzjera. Nie myślałam o tym, że za kilka miesięcy mogę nie żyć. Zaczęłam się cieszyć z tych rzeczy, które miałam tu i teraz. Pomyślałam, że nie dam się tej chorobie. Cokolwiek, by się działo, to ja się jej nie dam...

(archiwum prywatne)

4. Pani nie wyzdrowieje, pani umrze

Gdy przyszedł czas na chemię, rozpoczął się koszmar. To był mały szpital w Katowicach. Magda chciała się dowiedzieć od lekarki, czy cotygodniowa chemia sprawi, że wyzdrowieje. Nie takiej odpowiedzi się spodziewała.

- ''To nie podlega żadnej wątpliwości, że pani nie wyzdrowieje. Pani umrze, ale chcemy przedłużyć pani życie o trzy miesiące'' – usłyszałam. To był szok, ale po wielu latach jestem jej wdzięczna za te słowa, bo w mojej głowie zrodził się wtedy tajny plan, o którym nikomu nie powiedziałam. Pomyślałam, że pójdę na ten pierwszy wlew chemii, usiądę obok każdego pacjenta i każdego zapytam, jak się czuje, co mu dolega, z jakim nowotworem walczy i gdzie się leczy. Miałam nadzieję, że znajdę lekarza, który wyleczył jakiś trudny przypadek. Nieważne, czy to będzie w Austrii, Niemczech czy Szwajcarii - opowiada.

Plan zrealizowała. Na oddziale Magda dotarła do młodego mężczyzny, który dał jej wizytówkę do specjalisty w Niemczech. Natychmiast się z nim skontaktowała. Po konsultacji telefonicznej zdecydowała, że na chemię już nie wróci. Z wizytówką w kieszeni wyszła i pojechała do domu, do Radomia. Tam spotkała się jeszcze z jednym onkologiem, który skierował ją do swojego przyjaciela – lekarza z Warszawy. Pojechała do stolicy. ''Jeżeli jakimś cudem dostałaby się pani na terapię eksperymentalną komórkami dendrytycznymi w Niemczech, to byłoby to najlepsze, co mogłoby się pani w życiu przytrafić'' – usłyszała.

Poradziła sobie bez cudu, bo cudu tak naprawdę nie potrzebowała. Potrzebowała pieniędzy. W Niemczech rozpoczęła kilka terapii, m.in. immunoterapię komórkami dendrytycznymi i terapię wirusami onkolitycznymi. Zlikwidowała lokaty, jej rodzice sprzedali las, działkę, zaciągnęli trzy kredyty. Po roku pieniądze się skończyły. Do tej pory chorowała ''anonimowo''. O raku wiedzieli tylko najbliżsi. Przyszedł czas się ujawnić.

(archiwum prywatne)

5. Nie ma planu B

- Bardzo zależało mi wtedy, by nikt nie dowiedział się o mojej chorobie. W pracy, na uczelni – wszyscy myśleli, że przechodzę rehabilitację kręgosłupa. Uznałam, że jeżeli ludzie dowiedzą się, że mam raka trzustki, to mnie skreślą. Będą mnie traktować jak potencjalnego trupa. A tego nie potrzebowałam. Nie chciałam tej negatywnej energii w swoim życiu. Przyszedł jednak moment, kiedy nie miałam już wyjścia. Mój przyjaciel powiedział mi wtedy: Magda, możesz umrzeć honorowo i anonimowo i nikt nie będzie o tym wiedział, ale umrzesz. Możesz też się ujawnić i dalej walczyć. Wybrałam to drugie… - mówi pewnie.

Przy wsparciu Fundacji Bread of Life zorganizowała zbiórkę, a dzięki wpłatom mogła kontynuować leczenie w Niemczech. Mogła dalej walczyć. Nie zamierzała się poddać i umierać, zamierzała wygrać życie. Wtedy po raz kolejny przekonała się, jak ważne jest jej nastawienie.

- ''Jeżeli pani wpadnie w depresję i się pani załamie, to ja nie daję pani żadnej gwarancji, że to leczenie u pani zadziała. Ode mnie zależy tylko kilka procent. Reszta sukcesu zależy od pani'' – usłyszałam od lekarza, podczas terapii eksperymentalnej. Powiedział, że muszę mu pomóc. Musiałam mu obiecać, że się nie załamię, że wezmę się w garść, a wszystkie moje plany i marzenia zacznę realizować już teraz. Były takie chwile, że miałam ochotę tak po prostu usiąść i płakać, ale tego nie zrobiłam. Nie mogłam się bać, nie mogłam się nad sobą użalać, bo to do niczego mnie nie zaprowadzi... - przyznaje.

(archiwum prywatne)

Na terapii komórkami dendrytycznymi Magda jest już od kilku lat. Gdyby jednak uśpiony nowotwór nagle zaatakowałby inne narządy, pojawiłby się przerzuty na płucach lub wątrobie, to byłby koniec, bo w jej przypadku plan B już nie istnieje.

- Nie ma już dla mnie innych metod leczenia, a terapia eksperymentalna jest przerażająco droga. Jeden wyjazd kosztuje 30 tysięcy złotych i zbiórka pieniędzy jest dla mnie jedynym ratunkiem. Na początku leczenia bardzo pragnęłam przeżyć jeszcze trzy lata. Przeżyłam. Gdy minęły te trzy lata, to bardzo chciałam przeżyć kolejne trzy. Przeżyłam dziewięć. I teraz sobie myślę, że szkoda by było teraz umierać…

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Skorzystaj z usług medycznych bez kolejek. Umów wizytę u specjalisty z e-receptą i e-zwolnieniem lub badanie na abcZdrowie Znajdź lekarza.

Polecane dla Ciebie
Pomocni lekarze
Szukaj innego lekarza