Trwa ładowanie...

Neurochirurg dr Łukasz Grabarczyk ratuje rannych w Ukrainie. "Bałem się raz, kiedy po ataku zatrzęsła się ziemia i zgasły światła"

- Jednym z pierwszych pacjentów był 20-latek, któremu urwało rękę. Myślałem: Trzeba delikatnie do niego podejść, bo to młody chłopak, a on mnie pyta: "Co pan się tak krzywi? Straciłem rękę, nie humor". Tacy są ci ludzie - opowiada w rozmowie z WP abcZdrowie dr Łukasz Grabarczyk, polski neurochirurg, który wyjechał do Ukrainy, by tam ratować rannych żołnierzy.

Dr Łukasz Grabarczyk ratuje rannych na wojnie w Ukrainie
Dr Łukasz Grabarczyk ratuje rannych na wojnie w Ukrainie (arch. prywatne)

Katarzyna Grzęda-Łozicka, WP abcZdrowie: Jak to się stało, że trafił pan do szpitala we Lwowie i to szpitala, do którego są przewożeni ciężko ranni żołnierze?

Dr n. med. Łukasz Grabarczyk, neurochirurg z Wydziału Lekarskiego UWM: Mówiąc wprost, trafiłem tam zupełnym przypadkiem na samym początku wojny i już zostałem. Nie wiem, czy to przeznaczenie, czy dziwny splot wydarzeń, w każdym razie w pewnym sensie życie napisało za mnie scenariusz.

W szpitalu, w którym pracowałem w Olsztynie, był wcześniej na stażu chirurg z Ukrainy. Muszę przyznać, że wtedy nie był zbyt dobrze traktowany, bo był Ukraińcem, ale ja się z nim dobrze dogadywałem, polubiliśmy się i mieliśmy później kontakt. Kiedy zaczęła się wojna, napisałem do niego: "Jak sobie radzicie?" A on na to: "Wpadnij. Zobaczysz". I pojechałem.

I już pan został?

Pojechałem do nich zawieźć trochę sprzętu, bo ten mój kolega powiedział, że pilnie potrzebują aparatów VAC-i. Są to aparaty ssące do leczenia ran. Dalej wszystko potoczyło się już błyskawicznie. Akurat trafił do nich 21-latek z wieloma odłamkami w kręgosłupie. Wtedy oni powiedzieli: "Słuchaj, ty jesteś neurochirurgiem, ty się na tym znasz. Pomożesz?" I jak pomogłem, tak już zostałem.

Dopiero później dowiedziałem się, że wcześniej sprawdzał mnie ukraiński wywiad, bo jestem w strukturach wojskowych. Tam praktycznie nie ma lekarzy z zagranicy. Okazało się też, że ten lekarz, który był tak źle traktowany w Polsce, jest tam jednym z głównych chirurgów, który zawiaduje ruchem rannych i on za mnie poręczył.

Medycyna wojenna nawet we Lwowie zaczęła się już pierwszego, drugiego dnia wojny. Wtedy Kijów był otoczony i nie było szans, żeby tam przewieźć rannych, a to oznaczało, że aż z Dalekiego Wschodu ranni trafiali do Lwowa i do kilku innych szpitali wojskowych na wschodzie. Nie będę mówił o ich dokładnej lokalizacji, bo to dane poufne. Ukraińcy boją się, że jeżeli tylko powiemy, gdzie trafiają ranni wojskowi, to od razu będzie tam nalot.

Co jakiś czas w mieście słychać wybuchy
Co jakiś czas w mieście słychać wybuchy (arch. prywatne)

Udało się uratować tego pierwszego pacjenta, którego pan operował?

Tak, on ma na imię Denis. Co więcej, trzy tygodnie później okazało się, że dostał zgodę na wyjazd na rehabilitację do Olsztyna, czyli do mojego rodzinnego miasta. Ranni żołnierze, żeby opuścić teren Ukrainy, muszą mieć zgodę z Kijowa z Głównego Dowództwa. Postanowiłem, że go zawiozę osobiście. Z kolei jak wyjeżdżałem z powrotem do Lwowa, widziałem, że Denis jest w złej kondycji. Zacząłem dopytywać, co się dzieje i okazało się, że w Czernichowie zabili jego ojca, a matkę postrzelili. Denis walczył w pułku, który w pierwszym tygodniu walk przyjął najgorszy atak w miejscowości Wołnowacha. To jest miejscowość, która pilnowała tego, żeby Mariupol nie został otoczony. Jego mama cudem przeżyła masakrę w zaminowanym Czernichowie.

I co miałem zrobić? Musiałem pojechać po tę Tatianę i przywiozłem ją do Polski, do syna. Okazało się, że ma makabryczne wieloodłamkowe złamanie łokcia. Zapytałem prof. Pomianowskiego z Otwocka, czy by jej nie pomógł. Oddzwonił dosłownie po 20 minutach i kazał ją przywieźć. I tak to cały czas funkcjonuje, to jest niesamowite. Z kolei Denis trafił teraz na rehabilitację do Oslo.

Jacy pacjenci trafiają do was najczęściej?

Można powiedzieć, że to są różne fale. W pierwszych tygodniach wojny było bardzo dużo rannych w wyniku uderzenia rakiet. To były olbrzymie rany, bardzo zabrudzone murawą, betonem, fragmentami rakiet. Później pojawili się ranni od wybuchów min, to byli przede wszystkim walczący w Czernichowie, Charkowie, żołnierze z urwaną stopą, urwanym kolanem. W tej chwili jest dużo ran postrzałowych, czyli przestrzelona ręka, przestrzelony nadgarstek, dużo jest urazów klatki piersiowej i brzucha. Są też czasami dramatyczne urazy twarzy.

To nie są rany, z którymi kiedykolwiek spotykałem się w Polsce. Najgorszy w tym wszystkim jest rozmiar tych obrażeń, bo tych ran najczęściej jest wiele, to jest postrzał nogi, ręki, brzucha i klatki piersiowej. Przez pierwsze dni to był dla mnie szok, ale jednak nauka radzenia sobie z takimi przypadkami w warunkach wojennych jest bardzo szybka. Ukraińscy lekarze radzą sobie bardzo dobrze. Tam operują wszyscy, każdy chirurg, urolog, ortopeda. Oni po prostu nie mieli wyboru. To tak jak w czasach COVID, ja jako neurochirurg pracowałem na oddziale covidowym, tak samo tam wygląda medycyna czasów wojny.

(arch. prywatne)

Minęło prawie trzy miesiące. Co z tego okresu najbardziej utkwiło panu w pamięci? Co pana najbardziej poruszyło?

Najbardziej poruszyła mnie skala tego wszystkiego. Pierwsze dwa, trzy dni to był szok. Szokiem była ilość amputowanych kończyn. To są często młodzi chłopcy. Mają 20-21 lat i w wyniku bestialstwa Rosji do końca życia będą kalekami. My się nie boimy krwi, my się nie boimy ran, ale z tym, jak wielu z nich będzie inwalidami, rzeczywiście ciężko się pogodzić.

Tego, co tu widzimy, nie da się zapomnieć, wymazać. Każdy z tych pacjentów to jest historia, obok której trudno przejść obojętnie. Jednym z moich pierwszych pacjentów był 20-latek, któremu urwało rękę. Myślałem: Trzeba delikatnie do niego podejść, bo to młody chłopak, a on mnie pyta: "Co pan się tak krzywi? Straciłem rękę, nie humor". Tacy są ci ludzie. Albo na przykład operowałem żołnierza, który walczył w Mariupolu i miał poharatane całe plecy. Okazało się, że ten chłopak widział, jak leci rakieta i rzucił się na kolegów, żeby osłonić ich swoim ciałem. Takich opowieści jest masa. To, co ci żołnierze przeżywają, jak są zmotywowani, jest niesamowite. Oni wszyscy chcą wracać. Człowiek nie ma nogi i prosi o protezę, żeby mógł wrócić na front.

(arch. prywatne)

A pan nie myśli o powrocie do Polski?

Nie. Jestem w tej chwili w Polsce, ale tylko na kilka dni. Próbuję pozyskać kilka aparatów do znieczulenia i wracam.

Na początku był szok, a teraz to jest już coś zupełnie innego, inna motywacja. To już są moi przyjaciele, a przyjaciół się nie zostawia w potrzebie. To są emocje, więzi, które trudno opisać słowami. Ostatnio miałem misję specjalną, żeby przyjechać do Polski po wózek, bo jednemu z medyków, z którymi pracuję w szpitalu, urodziło się dziecko.

Prawda jest taka, że ja jestem z tego składu jedyną osobą, która może sobie pozwolić na wyjazd z Ukrainy, bo oni nie dostają pozwolenia, więc mówią mi, co mam przywieźć. Teraz już miałem telefon, że muszę się pospieszyć i przyjechać na pępkowe. Oni dzwonią z bloku operacyjnego, łączą się na wideo i pytają: "Jak byś to zrobił? Kiedy wracasz?". Jesteśmy zespołem.

Jak sobie radzą lekarze, z którymi pan pracuje? Na pewno są już bardzo zmęczeni.

Ci lekarze pracują tam po 30, 40 dni non stop. To są po prostu herosi. Oni mówią: Żołnierze walczą na froncie, a my walczymy w ten sposób. Zdają sobie sprawę, że w każdej mogą być relokowani ze Lwowa do innej lokalizacji i są na to gotowi. Nie widać po nich zmęczenia, zrezygnowania.

Dr Łukasz Grabarczyk jest jedyną osobą z zespołu, która może sobie pozwolić na wyjazd z Ukrainy
Dr Łukasz Grabarczyk jest jedyną osobą z zespołu, która może sobie pozwolić na wyjazd z Ukrainy (arch. prywatne)

A pan się nie boi? We Lwowie co jakiś czas rozlegają się alarmy bombowe. Do tego chyba nie da się przyzwyczaić?

We Lwowie są grube okna i już kilka razy mi się zdarzyło, że nie usłyszałem alarmu (śmiech). Nawet ściągnąłem na telefon taką aplikację, która miała ostrzegać przed nalotami w danym obwodzie i pamiętam, że kiedyś ten alarm w moim telefonie uruchomił się, jak byliśmy na sali operacyjnej. I wtedy moi koledzy powiedzieli mi: "Usuń to, tak się nie da pracować".

Wojna na miejscu wygląda trochę inaczej. To jest dziwne, bo jak jestem w Polsce i oglądam, jak media pokazują te wybuchy, to one są na cały ekran i sam się boję, jak to oglądam, ale w momencie, kiedy np. jestem w Kijowie i przelatuje rakieta, to wtedy ten niepokój jest jakiś inny. Widzi się, że ta rakieta gdzieś leci, ale my robimy swoje.

Bałem się raz, kiedy przy którymś ataku zatrzęsła się ziemia i na chwilę zgasły światła. Wszyscy zamarli na kilka sekund. Baliśmy się, że to jest uderzenie w szpital, ale jak zobaczyliśmy, że wszystko stoi, to wróciliśmy do pracy. We Lwowie spokojnie było tylko na początku. Teraz te alarmy przeciwbombowe słychać często. Jeżeli tylko system antyrakietowy coś wykryje, to od razu wyją alarmy, ale jak trwa operacja, to nikt nie jest w stanie na to zareagować, nikt nie odejdzie przecież od stołu operacyjnego. Ogólnie na miejscu chyba się nie myśli o zagrożeniu.

Katarzyna Grzęda-Łozicka, dziennikarka Wirtualnej Polski.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Rekomendowane przez naszych ekspertów

Skorzystaj z usług medycznych bez kolejek. Umów wizytę u specjalisty z e-receptą i e-zwolnieniem lub badanie na abcZdrowie Znajdź lekarza.

Polecane dla Ciebie
Pomocni lekarze
Szukaj innego lekarza